czwartek, 31 maja 2012

Po drugie dla kasy - Janet Evanovich

Tytuł oryginału: Two for the Dough
Cykl/Seria: Łowczyni nagród Stephanie Plum
Tom: 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 416
Ocena: 5/6

Stephanie musi spłacić raty za samochód, bierze więc sprawę Kenny’ego Mancuso. To miała być prosta sprawa i łatwe pieniądze. Jednak jak już mogliśmy się przekonać, w życiu Steph nic nie jest proste i ma ona wielki talent do pakowania się w kłopoty.
Okazuje się, że Morelli też szuka Kenny’ego. Sprawa rodzinna. Okazuje się też, że Kenny jest totalnym świrem, i cała sprawa może się źle skończyć nie tylko dla Stephanie.
Z kolei babcia Mazurowa szuka rozrywki i towarzystwa w domach pogrzebowych, na wystawianiu zwłok. A przy okazji rozgląda się za najlepszym domem pogrzebowym w mieście. Jej wybór pada na dom Spira Stivy, jednak on nie ma głowy do wybryków babci Mazurowej, bo właśnie zgubił dwadzieścia cztery trumny. I ma nadzieję, że Steph pomoże mu je znaleźć.
W tym całym zamieszaniu nie będzie łatwo doprowadzić sprawę do końca. A jednak czas nagli, fragmenty ciał zmieniają właścicieli, a babcia Mazurowa jest w niebezpieczeństwie. No i oczywiście kasa też się przyda.

Już po przeczytaniu pierwszego tomu miałam wrażenie, że seria o łowczymi nagród stanie się jedną z moich ulubionych. Tom drugi tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził. Stephanie nadal bezbłędnie pakuje się w tarapaty, ale już jakby lepiej sobie radzi w wygrzebywaniem się z nich. W końcu nie zawsze Morelli będzie występował w roli rycerza na białym koniu, prawda? A może zawsze. Kto wie. Uwielbiam takie komedie omyłek, a w przygodach Steph i komedii i omyłek mamy pod dostatkiem. Nie wiem jak Evanovich to robi, ale ja nie potrafię odłożyć jej książek dopóki nie dotrę do końca. Wiele czynników się na to składa.
Na przykład humor i ociekający sarkazmem bohaterowie. Przy niektórych dialogach naprawdę ciężko opanować atak śmiechu. Szczególnie jeśli są to dialogi między Stephanie a Morellim, albo Stephanie i jej matką. Że już o babci Mazurowej nie wspomnę.
Steph, która nadal nosi broń, ale nie chce jej używać. Za to wyposażyła się w nowy paralizator. I latarkę. I tylko czeka, żeby ich użyć.
Babcia Mazurowa, cóż to jest za bohaterka! W tej części jest jej jeszcze więcej, a to zwiastuje ubaw po pachy. Przy okazji babcia na końcu udowodni nam, że też świetnie nadaje się na łowcę nagród, a sceny z jej udziałem potrafią doprowadzić do łez. Ze śmiechu oczywiście.
Relacja Steph z Morellim też mi się podoba. Z jednej strony i tak wiemy już, jak to się kiedyś skończy. Ale z drugiej fajnie, że autorka nie poszła na łatwiznę. Morelli musi jeszcze trochę się postarać, a nam ich prywatne sprawy nie przerywają akcji.
No właśnie. Najważniejsze. Akcja i jeszcze raz akcja!  I fakt, że autorka potrafi nas zaskoczyć na każdym kroku. Bo to, że coś będzie się działo, to wiadomo. Ale co, to zawsze jest niespodzianka. Czasami krwawa, czasami wybuchowa, ale jednak niespodzianka.
I to wszystko sprawia, że nie sposób nie polubić tej serii. I że chcę jeszcze, i jeszcze! Na szczęście niedługo wyjdzie tom trzeci, a potem mam nadzieję kolejne. Bo ja nie chcę się rozstawać ze światem Stephanie Plum, i jestem pewna, że Wy będziecie mieli takie same odczucia.

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa

niedziela, 27 maja 2012

Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy - Janet Evanovich

Tytuł oryginału: One for the money
Cykl/Seria: Łowczyni nagród Stephanie Plum
Tom: 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 352
Ocena: 5/6

Są takie dni w życiu mola książkowego, kiedy jedyne, na co ma ochotę, to przeczytanie czegoś lekkiego i z humorem. U mnie takie dni nadeszły po awarii kręgosłupa, potrzebowałam czegoś, co umili mi dni spędzone w łóżku. Na ratunek pospieszyła Fabryka Słów przysyłając mi paczkę z dwoma częściami przygód Stephanie Plum. Część pierwszą łyknęłam w jeden dzień, wciąga już od pierwszych stron i nie pozwala się nudzić nawet przez chwilę.

Stephanie nie ma pracy, nie ma na czynsz i na raty za samochód. Większość mebli i sprzętów domowych już wyprzedała a żadnego źródła dochodów nie widać na horyzoncie. Przyszedł więc czas przyznać się rodzinie. W trakcie rozmowy z rodzicami, Steph dowiaduje się, że jej kuzyn Vinny szuka kogoś do archiwizacji dokumentów. Nie jest to może praca marzeń, ale jak się nie ma co się lubi… Na miejscu okazuje się jednak, że kuzyn zatrudnił już kogoś innego, ale jest wolne miejsce na stanowisku łowcy nagród. Za złapanie i doprowadzenie na posterunek policjanta oskarżonego o morderstwo można zgarnąć dziesięć tysięcy dolarów. Przy tej kwocie przestaje mieć znaczenie fakt, że Stephanie nie ma o tej pracy bladego pojęcia. Przecież wszystkiego można się nauczyć. Do tego poszukiwany to Joe Morelli, facet, który wykorzystał ją na podłodze cukierni kilkanaście lat temu, a potem nawet nie zadzwonił. Ale to było dawno, kto by po tylu latach chował urazę. Ta sprawa to nic osobistego, naprawdę.

Przyznam szczerze, że sama raczej bym po tę książkę nie sięgnęła. Jednak zachęcona recenzją Archer zrobiłam rozeznanie, i kiedy okazało się, że seria o Stephanie Plum jest wydawana przez Fabrykę Słów, wiedziałam, że będzie to dobre. I nie pomyliłam się. Książka napisana lekkim językiem, czyta się błyskawicznie i wciąga niemiłosiernie. Dużym atutem są tutaj bohaterowie, a szczególnie Steph.  Wzbudza sympatię nie tylko swoim wielkim talentem do pakowania się w kłopoty i zachodzenia za skórę bardzo niebezpiecznym mężczyznom. Nie można jej też odmówić determinacji i ciętego języka. Nie zna się na robocie i boi się broni? Przecież można iść na korepetycje do kogoś, kto jest w tym świetny! Trafia do Komandosa, który poza wytłumaczeniem jej podstaw tej pracy, będzie musiał też kilka razy wyratować ją z opresji. Dobrze jest też mieć przyjaciela w policji, darmowe lekcje strzelania i dodatkowa ochrona zawsze się przydadzą. Co mi się bardzo spodobało w tej postaci – nie zmienia się w pięć minut w superbohaterkę. Fakt, wzięła się za poważną i niebezpieczną pracę, ale nadal pozostała ciamajdowata i strachliwa. To zmienia się dopiero z czasem, Stephanie uczy się na swoich błędach i powoli przeobraża się w łowcę nagród z prawdziwego zdarzenia. Chociaż do najlepszych w tym fachu jeszcze długo będzie jej daleko. Swoją niezdarność nadrabia ciętym językiem i ogromną pomysłowością. Zdecydowanie da się ją polubić.
I oczywiście muszę wspomnieć o babci Mazurowej – jest to postać absolutnie genialna. Starsza pani, która czas spędza w domach pogrzebowych. Jest nieprzewidywalna, a każda scena z jej udziałem gwarantuje wybuchy śmiechu. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach babci Mazurowej będzie jeszcze więcej.

Mamy też kilka wątków pobocznych, nie zabraknie trupów, wybuchów, prześladowań czy włamań, a jednak wszystko jest bardzo spójne i wzbudza w  czytelniku jeszcze większe napięcie. Przerywane wybuchami śmiechu oczywiście, ponieważ narracja prowadzona przez Stephanie wnosi w powieść naprawdę dużo humoru.

Nie znalazłam niczego, do czego mogłabym się przyczepić. To jest po prostu genialna książka sensacyjno-komediowa, a autorka dopracowała wszystkie szczegóły. Wydawca też spisał się świetnie, oprawa graficzna i forma wydania jest naprawdę godna podziwu, nie zauważyłam też żadnych błędów w trakcie czytania.
Pozostaje mi tylko polecić książkę wszystkim, którzy mają ochotę na dobrą, trzymającą w napięciu książkę, z galopującą akcją, gdzie chwile grozy przeplatane są atakami śmiechu. Z żalem przewracałam ostatnią stronę, wcale nie miałam ochoty żegnać się z bohaterami. Na szczęście na półce stoi już tom drugi ;)

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa

czwartek, 24 maja 2012

Anna we krwi - Kendare Blake + trochę prywaty

Trochę mnie nie było, mam nadzieję, że mi wybaczycie :) Miałam małą awarię kręgosłupa, co skutecznie przykuło mnie na jakiś czas do łóżka. Plusy sytuacji są takie, że miałam baaaaaaaaaaaaaardzo dużo czasu na czytanie. Minusy, poza bólem, takie, że przy komputerze siedzieć za bardzo nie mogłam, to i z pisaniem nie wyszło. Ale teraz powoli wracam do żywych, więc postaram się szybko nadrobić recenzenckie zaległości. Na początek "Anna we krwi", która czekała sobie na dysku ze dwa tygodnie :)

Tytuł oryginału: Anna dressed in blood
Cykl/Seria: Anna
Tom: 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 320
Ocena: 5/6

Cas Lowood nie jest zwyczajnym nastolatkiem. Przeprowadza się z miejsca na miejsce, w ślad za wskazówkami o nawiedzonych miejscach. Właśnie takie zajęcie odziedziczył po ojcu – zabija złe duchy i trenuje przed dorwaniem ducha, który zabił jego ojca. Wszystko idzie dosyć sprawnie, do czasu, kiedy Cas trafi do Thunder Bay. Ma zabić Annę Korlov, zwaną Anną we krwi. Została zamordowana pół wieku temu i od tego czasu morduje każdego, kto wejdzie do jej domu. Teoretycznie – zlecenie jak każde inne. W praktyce okazuje się, że Anna jest najsilniejszym duchem z jakim Cas miał do czynienia, a zabicie jej będzie bardzo skomplikowanym zadaniem.

Raz na jakiś czas trafia się książką, która jest prawdziwą perełką w swoim gatunku. „Anna we krwi” niewątpliwie jest taką książką. Przyciąga tytułem, okładką i ponad wszystko – opisem. Daje nam nadzieję na pełnokrwistą historię z pogranicza horroru. Zachęcona tym, z radością zabrałam się za lekturę i nawet przez chwilę nie żałowałam, że zdecydowałam się na tę książkę. Przy okazji dodam, że jeśli ktoś liczy na lekką historyjkę dla młodzieży, to jest to zły adres. Mimo, że książka nie spowodowała u mnie problemów ze snem, to jednak niektóre opisy są zdecydowanie przeznaczone dla czytelnika o mocniejszych nerwach. I to była dla mnie największa zaleta tej książki. Trup ściele się gęsto i niezwykle krwawo. I to już od pierwszych stron, więc im dalej w książkę, tym większy dreszczyk emocji nam towarzyszy. Przekonana, że pozostanie tak do końca książki, nie mogłam się od niej oderwać. Przepełniona żądzą zemsty Anna, ofiara brutalnego morderstwa, która pożera każdego, kto się do niej zbliży. Do tego magia, dużo magii, niekoniecznie tej dobrej. No czegóż chcieć więcej.
Niestety, pod koniec książki napięcie nieco opada. Trochę przez to, że Anna nagle zmienia się w pokrzywdzoną przez życie zjawę, a trochę przez wplecenie w fabułę kolejnego paranormal romance. Gdzieś nam przez to znika cała groza, którą zafundowała nam autorka na początku. Na szczęście sytuację ratuje kolejny mrożący krew w żyłach duch, który zjada niewinnych mieszkańców.

Kolejną zaletą jest postać głównego bohatera, który zamiast spędzać czas jak każdy nastolatek, musi wcześniej dorosnąć, aby jeździć po kraju i zabijać duchy. Zdaje się nam pogodzony z losem, jednak to też zmienia się kiedy trafia do Thunder Bay i przekonuje się na własnej skórze, jak to jest mieć  przyjaciół.
„Anna we krwi” to książka naprawdę warta polecenia, ja znalazłam w niej wszystko to, co lubię najbardziej: duchy, klątwy, magię, voodoo. I gdyby nie pojawiający się nagle wątek romansu paranormalnego - który powoduje spadek napięcia w fabule, a jednocześnie wzrost ciśnienia czytelnika, któremu już dawno się takie historie przejadły – ta historia naprawdę zasługiwałaby na najwyższą ocenę. Dla mnie, miłośniczki takich historii, była to naprawdę dobra lektura. 

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa