Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2011

Gra anioła – Carlos Ruiz Zafon

Tytuł oryginału: Juego del angel
Wydawnictwo: Muza
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 604
Ocena: 5/6

David Martin marzy o tym, żeby pisać powieści i zarabiać tym na życie. Pewnego dnia dostaje swoją szansę i zaczyna pisać dla swojej gazety powieść w odcinkach. Jego „Tajemnice Barcelony” odnoszą ogromny sukces, co prowadzi do wydania kolejnych pod pseudonimem i w końcu do wydania swojej wymarzonej wielkiej powieści podpisanej własnym nazwiskiem. Niestety nie odnosi ona sukcesu, na domiar złego lekarz diagnozuje u niego guza mózgu. I tak rozczarowany, zniechęcony i zdradzony przez najlepszego przyjaciela i ukochaną kobietę odcina się od świata. Wtedy zjawia się tajemniczy jegomość – Andreas Corelli –i w zamian za napisanie dla niego powieści oferuje zdrowie i ogromne pieniądze.
Któż by się nie skusił?
Problem w tym, że jak się w końcu okaże David nie jest pierwszym pisarzem, któremu taką propozycję złożono. Poprzedni nie żyje a David dziwnym zbiegiem okoliczności mieszka w jego domu. A to nie koniec dziwnych i momentami przerażających wydarzeń.

„Gra anioła” w przeciwieństwie do „Cienia wiatru” wciągnęła mnie od samego początku i bardzo dobrze mi się ją czytało. W pewnym momencie byłam nawet zdziwiona, bo wszędzie wokoło słyszałam, że „Gra anioła” jest gorsza od „Cienia…”, a tu taka niespodzianka. Tutaj właśnie poczułam magię, a intrygi i tajemnice nie pozwalały mi się od książki oderwać. Miło było znów odwiedzić Cmentarzysko Zapomnianych Książek i księgarnię Sempere, wędrować ulicami Barcelony, która u Zafona sprawia wrażenie miasta przepełnionego aurą tajemniczości i tego, co już minęło, gdzie na każdej ulicy możemy spotkać duchy przeszłości.
Świetny, barwny język i styl, do tego mroczny klimat i mamy świetną powieść.
Bardzo mi się podobała relacja głównego bohatera z Isabellą. Dziewczyna uciekła od rodziców i chce żeby David uczył ją pisania powieści. Świetna postać, dużo wnosi i w życie Davida i w całą powieść ;) Moim zdaniem jest o wiele ciekawsza od Christiny – wielkiej miłości Davida.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy - o wątku religijnym. Jakże mi się podobał sposób, w jaki Zafon pokazał czytelnikom, jak niewiele potrzeba do stworzenia religii, którą ludzie potem będą wyznawać przez stulecia
Dla mnie to nie jest nic, o czym bym wcześniej nie myślała, albo nie czytała gdzieś indziej. Wydaje mi się, że wielu osobom może to dać trochę powodów do zastanowienia, a co bardziej religijne osoby nawet oburzyć.

Jedyny mój zarzut: trochę jakby przydługa. Był taki moment, kiedy stwierdziłam, że lekko mnie już ta książka męczy. Gdyby nie to, byłoby idealnie ;)

niedziela, 27 lutego 2011

Marina – Carlos Ruiz Zafon

Tytuł oryginału: Marina
Wydawnictwo: Muza
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 301
Ocena: 5.5/6

Barcelona, lata 80 XX wieku. Oscar Drai uczęszcza do szkoły z internatem, jednak codziennie po lekcjach cały wolny czas spędza włócząc się po mieście i odkrywając uroki starych pałacyków otaczających szkołę. Pewnego dnia spotyka Marinę, która z czasem staje się dla niego jeszcze bardziej fascynująca niż zapomniane zakątki miasta. Od tego momentu razem wędrują po mieście i takim sposobem trafiają na cmentarz, gdzie spotykają tajemniczą kobietę w czerni, która co miesiąc odwiedza tam bezimienny grób. Śledząc ją odkrywają mroczne [i dosyć makabryczne] sekrety wybitnego lekarza Michaiła Kolvenika i sławnej niegdyś śpiewaczki Evy Irinovej.

Dwoje młodych ludzi, przyjaźń, miłość i tajemnice przeszłości. Trochę oklepany zestaw mogłoby się wydawać. Może i tak, ale mnie historia stworzona przez Zafona tak pochłonęła, że nawet nie zastanawiałam się nad tym, czy to już było. Przynajmniej do momentu  rozwiązania zagadki Kolvenika. Muszę przyznać, że momentami przy opisach jego  eksperymentów trochę mnie wykrzywiało ;) Ale to, że książka rozbudza wyobraźnię to tylko kolejny dla niej plus.
Połączenie romansu, dramatu i horroru stwarza tu świetny klimat, utrzymuje w napięciu i sprawia  wrażenie, że zaraz zdarzy się coś złego. Do tego dodajmy wspaniałe, plastyczne opisy miasta, budynków i postaci i już mamy wrażenie, że to wszystko rozgrywa się wokół nas.

Minusem dla mnie była zbytnia przewidywalność momentami. Szczególnie jeśli chodzi o wątek Mariny i Oscara. I jeśli jestem już przy tym wątku to zakończenie, mimo, że dobre, widziałam już wiele razy w innych historiach.

Podsumowując. Naprawdę dobra książka i mimo, że skierowana głównie do młodzieży, to myślę, że ci, którzy już młodzieżą nie są też będą zadowoleni ;)


poniedziałek, 31 stycznia 2011

Książę Mgły – Carlos Ruiz Zafon

Tytuł oryginału: El principe de la niebla
Wydawnictwo: Muza
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 197
Ocena: 6/6

„Książę Mgły” to druga książka Zafona jaką przeczytałam i byłam lekko w szoku, że po „Cieniu wiatru” dostałam takie cieniutkie maleństwo co to można przeczytać w jeden dzień.  I przy tej książce śmiało mogę powiedzieć, że od pierwszej strony można było poczuć magię i nie sposób się od niej oderwać.

Max przeprowadza się z rodziną do małej rybackiej wioski. Nie jest z tego powodu zbyt zadowolony, ale co zrobić. Zamieszkują w domu lekarza, którego syn utopił się w morzu.  Max źle się w tym domu czuje i już pierwszej nocy widzi przez okno dziwne posągi we mgle. Jego podejrzenia wzbudza też dziwny kot, którego przygarnęła siostra. Na początku mogłoby się wydawać, że to przez jego niechęć i negatywne nastawienie widzi dziwne rzeczy tam, gdzie ich nie ma, ale kiedy poznaje Rolanda i zaczyna odkrywać tajemnice miasteczka i swojego domu wszystko się zmienia.

Na pierwszy rzut oka to typowa powieść dla młodzieży: dziwne zjawiska, mroczne tajemnice i tylko jeden nastoletni chłopiec który musi nad tym wszystkim zapanować, uważając żeby przy tym nie zginąć. Do tego dość prosty język i styl. Ale im bardziej zagłębimy się w tę historię tym mniej wyda się typowa. Właściwie nie potrafię nawet powiedzieć dlaczego tak bardzo mi się ta książka spodobała, chyba po prostu ma w sobie ‘to coś’, no i ciągle trzyma w napięciu ;) Już sama okładka nas przyciąga swoją magią i tajemniczością.

Jest to bardzo piękna historia o młodzieńczych przyjaźniach i miłościach. Bo przecież nasi bohaterowie znają się tylko kilka dni a tak wiele dla siebie ryzykują.
Obserwujemy też silną więź jaka tworzy się między rodzeństwem Carverów, które wcześniej właściwie niewiele o sobie nawzajem wiedziało.
Warta uwagi jest tutaj na pewno postać samego Księcia Mgły. Oto jak w prosty sposób pokazać młodym ludziom, że nie opłaca się iść przez życie na skróty, za każde spełnione życzenie trzeba słono zapłacić a przeznaczenie dopadnie nas prędzej czy później.

Według mnie jest to książka nie tylko dla fanów Zafona, ale też dla każdego, kto czasami lubi przenieść się w świat magii i młodzieńczych przygód. Myślę, że spodoba się nawet tym, którzy nie polubili poprzednich książek autora.
Jak dla mnie jest dużo lepsza od „Cienia wiatru” i gdybym to od niej zaczęła czytać Zafona na pewno byłabym do niego dużo pozytywniej nastawiona!
Polecam gorąco!

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon

Tytuł oryginału: La Sombra del Viento
Wydawnictwo: Muza
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 520
Ocena: 5/6

Dopóki nie zaczęłam pałętać się po blogowym świecie książkoholików myślałam, że jestem jedyną osobą na świecie, która nie przeczytała zupełnie nic  Zafona.  Tutaj dowiedziałam się, że na szczęście więcej jest takich, ale postanowiłam w końcu nadrobić zaległości.  Zaczęłam więc czytać i… no cóż, czegoś innego się spodziewałam.  Bo tyle wszędzie zachwytów przeczytałam na temat tej książki a ja czytam i czytam i jakoś nic mnie nie zachwyca. Dlatego mam takie opory przed czytaniem tego, co każdy po kolei wychwala.  Pomyślałam sobie „może ja jestem jakaś dziwna”, ale dzielnie czytałam dalej. I w końcu odkryłam w czym rzecz. Bo ja spodziewałam, że po przeczytaniu jednej strony lektura pochłonie mnie na amen i jak ktoś będzie mnie chciał od niej oderwać to może przy tym ucierpieć. A tu się okazuje, że jednak potrzeba trochę czasu, żeby odkryć co takiego magicznego jest w tej historii.
Jako , że chyba każdy mniej więcej wie o czym jest „Cień wiatru” to ja tylko tak ogólnie.  Kiedy Daniel ma 10 lat ojciec zabiera go na Cmentarz Zapomnianych Książek, gdzie ma wybrać dla siebie tę jedną jedyną. Daniel znajduje tam „Cień wiatru” Juliana Caraxa. Zakochuje się w tej książce a kiedy próbuje znaleźć inne jego dzieła okazuje się, że są one praktycznie nie do zdobycia, bo ktoś wyszukuje i pali każdy egzemplarz. Jak można się domyślić Daniel postanawia odkryć kto i dlaczego tak bardzo nienawidzi Juliana, że chce pozbyć się każdego dowodu jego istnienia.
Nie ukrywam, że na początku trochę musiałam zmuszać się do czytania i to przez dobre kilkadziesiąt stron. Kiedy doszłam do momentu, w którym autor wywołał we mnie ciekawość poszło już z górki. Także jeśli ktoś ma problem z przebrnięciem przez początek i zastanawia się czy czytać dalej to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że warto. Bo w gruncie rzeczy to bardzo piękna opowieść o tym, jak osoby trzecie, które podobno chcą dla nas najlepiej potrafią zniszczyć nam życie. I że niektórzy całe życie potrafią przeżyć z nienawiścią i żądzą zemsty w sercu. Co – jak się okazuje na końcu – nikomu na dobre nie wyjdzie.
Wszystko pięknie, ładnie – jest bardzo przemyślana intryga, dzięki czemu z niecierpliwością czeka się na rozwiązanie. Jest magiczna atmosfera, która wisi nad nami podczas czytania.  Jest mroczny czasem klimat (choćby w momentach, kiedy odwiedzamy dom Aldayów) i z pozoru niewytłumaczalne zjawiska. Język też jest bardzo piękny (chociaż moim zdaniem czasami aż do przesady). Tylko tak teraz sobie myślę, że gdyby odjąć to wszystko to jednak zostały by nam tylko nieszczęśliwe miłości i rodzinne tragedie, czyli coś, co w niejednej sadze rodzinnej znajdziemy. Ale przyczepić się do tego nie zamierzam, bo jednak autor wyszedł ponad to i z tego, co serwowano nam już setki razy potrafił zrobić coś naprawdę dobrego i oryginalnego.
Największym dla mnie minusem była czcionka. No okropna. Taka maleńka, że się bardzo źle czyta i oczy się męczą.

Podsumowując. Jest to naprawdę dobra książka. Ma swoje minusy, ale cieszę się, że w końcu po nią sięgnęłam. Co prawda nie padłam z zachwytu, ale jak by nie było bardzo miło spędziłam czas w Barcelonie sprzed lat. Polecam każdemu, bo nawet jeśli nie zachwyci kogoś zupełnie, to i tak warto się z nią zapoznać.