wtorek, 16 sierpnia 2011

Atrofia – Lauren DeStefano + konkurs

Tytuł oryginału: Wither
Cykl/Seria: Chemiczne światy
Tom: 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 320
Ocena: 5/6

Od lat naukowcy pracują nad tym, żeby przedłużyć nam życie, wynaleźć lek na nieuleczalne choroby. Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby im się udało? DeStefano postanowiła podzielić się z nami swoją wizją takiej przyszłości. Udało się, w probówce stworzono dzieci idealne, długowieczne, pozbawione wad genetycznych i wszelkich niedoskonałości. Ludzkość odetchnęła z ulgą, bo od teraz można żyć bez obaw. Do czasu. Pokolenie doskonałe dorasta i ma własne dzieci. Mija trochę czasu i właśnie wtedy ludzie poznają skutki uboczne swoich eksperymentów. Potomkowie perfekcyjnych ludzi umierają w bardzo młodym wieku. Dziewczęta mają tylko 20 lat, a chłopcy 25.
W tym świecie żyje nasza główna bohaterka – Rhine. XXI wiek pozostał tylko wspomnieniem, podobnie jak znany nam świat. Z powierzchni ziemi zniknęły całe kontynenty. Ocalały tylko Stany Zjednoczone, ale i tam nie jest kolorowo. Małe dziewczynki porywane są z ulic, czy nawet ze swoich domów, a potem zmuszane do wyjścia za mąż. Żeby przed śmiercią jeszcze zdążyć urodzić dzieci. Rhine dość długo udawało się tego uniknąć, ale w końcu i na nią przyszła pora. Razem z dwoma innymi dziewczynami trafia do domu Zarządcy Lindena, gdzie wszystkie trzy mają wyjść za niego za mąż. Początkowo Rhine całą swą nienawiść kieruję w stronę męża, jednak szybko okazuje się, że to jego ojciec – Mistrz Vaughn – rozdaje tutaj karty i jest zdolny do wszystkiego, byle tylko przybliżyć się do wynalezienia lekarstwa i przedłużenia życia synowi.
Czy Rhine odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Czy jeszcze kiedykolwiek będzie mogła zobaczyć brata i Nowy Jork, za którym tak tęskni?

Ten dziwny świat przyjdzie nam oglądać oczami 16-letniej Rhine -  dziewczyny, która już dawno musiała dorosnąć, żeby walczyć o przeżycie. Wyrwana ze swojego świata musi jakoś nauczyć się żyć z mężem i pozostałymi żonami. Od początku planuje ucieczkę, a przy zdrowych zmysłach trzymają ją tylko wspomnienia o dawnym życiu, rodzicach, bracie bliźniaku, domu. Cierpliwie, przez długie miesiące powoli dąży do celu. Problem w tym, że z upływem czasu ten mały raj, w którym się znalazła wydaje się taki kuszący i bezpieczny. Mąż dba o nią, ma wszystko czego zapragnie. Wbrew sobie czuje, że otaczające ją osoby stają się dla niej ważne. I bardzo często musi sobie przypominać, że to tylko doskonała iluzja, stworzona przez teścia, a prawdziwe życie i wolność jest daleko za bramą.
Polubiłam Rhine. Za to właśnie, że się nie zatraciła, ciągle pamiętała kim jest i co czeka na nią na zewnątrz. Zazwyczaj udzielały mi się też jej emocje.
Na początku Linden budził wstręt, potem już tylko litość i współczucie, bo przecież on nigdy nie miał okazji spróbować innego życia.
Cecily strasznie mnie drażniła, ale właściwie czego innego mogłam się spodziewać po 13-letniej dziewczynce wychowanej w sierocińcu, która nagle trafia do pałacu z bajki. Nic dziwnego, że poczuła się jak księżniczka, która znalazła swojego księcia.
Jenna od początku była jedną wielką niewiadomą i w dużej mierze pozostało tak do końca. Cicha, spokojna, wiecznie siedząca w kącie z książką. Z czasem okazała się świetną obserwatorką.
Bardzo polubiłam też Gabriela, taka iskierka dobra w tym ponurym i złym świecie.
Za to za każdym razem, kiedy na scenie pojawiał się  Mistrz Vaughn, miałam wrażenie, że ciarki przechodzą mi po plecach. Ale to pewnie zasługa tego, o czym już wspomniałam – współodczuwania tego, co czuła Rhine.
Mam nadzieję, że każdemu czytelnikowi udzieli się taka empatia, bo wtedy będzie miał silne wrażenia gwarantowane.

Lubię, kiedy książkę czytam jednym tchem i mam poważne problemy z odłożeniem jej na półkę, kiedy trzeba iść spać. Taka właśnie jest „Atrofia”. Może i nie ma tu galopującej akcji, ale za to znajdziemy wiele innych zalet: wspaniały, lekki język, ciekawa fabuła, mroczna wizja świata i przede wszystkim silne emocje, jakie wzbudza. Przy tym skłania do refleksji, stawiając przed nami kilka trudnych pytań, na które sami musimy sobie odpowiedzieć.
Naprawdę doskonała, trzymająca w napięciu i wciągająca lektura. Polecam!


Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Przy okazji pragnę Was zaprosić do wzięcia udziału w konkursie organizowanym wspólnie przez wydawnictwo Bukowy Las i portal Sztukater. Klik w plakat przeniesie Was na stronę konkursu.

czwartek, 11 sierpnia 2011

X-Fighters

Ubiegła sobota była jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu, więc po prostu muszę się tym z Wami podzielić :) Byłam w Poznaniu na Red Bull X-Fighters, co było moim marzeniem od wieków. Jak widać, marzenia jednak czasami się spełniają. Jakby ktoś nie wiedział co to X-Fighters - najbardziej prestiżowe zawody FMX na świecie. Jakby ktoś nie wiedział co to FMX - mała demonstracja:
W Polsce mieli przystanek dopiero drugi raz. W 2008 ryczałam w poduszkę, że mnie tam nie ma, więc teraz nie było opcji żebym nie pojechała.  Na początku miałam jechać sama, ale na necie zgadałam się z jedną dziewczyną [pozdro Aneta] i pojechałyśmy we dwie. Teraz mam z kim jeździć na wszystkie zawody i pokazy ;] 
Ale może przestanę nudzić i coś o zawodach napiszę. Jak to na XF, mogłyśmy podziwiać najlepszych zawodników świata, którzy oczywiście dali z siebie wszystko. Serce mi waliło jak wściekłe, zdarłam gardło krzycząc a ręce piekły od klaskania. Dnia następnego, już w domu jak opadła adrenalina okazało się, że mam stłuczoną kość w ręce. Nie pamiętam ani żebym sobie coś zrobiła, ani nie czułam bólu - może to Wam zobrazuje pod jakim byłam wrażeniem :) Właściwie tego nie da się opisać, ale postaram się Wam to przybliżyć :) Tor był bardzo trudny, przez co jeden z Fighterów teraz leży ze złamaną kością udową w naszym pięknym polskim szpitalu. Reszcie udało się nie połamać i dali czadu!!! Co prawda dosyć krótko, bo tylko ok 2.5 h, ale to przez to, że dzień wcześniej wstrętny deszcz trochę podmył tor, a tych ton piachu to się nie da tak hop siup wymienić. No i przejechał koło mnie mój ukochany zawodnik z obecnie latających w XF <3
Więc jak widać jaram się maksymalnie i raczej jeszcze jakiś czas mi tak zostanie ;]
To teraz pokażę jeszcze kilka zdjęć. Enjoy! :) Zdjęcia proszę powiększać, bo na miniaturach są beznadziejne ;]

Tutaj mój Dany:

Reszta też była świetna: 
 
Jakby ktoś pytał, to logo powyżej jest wyrzeźbione w piasku ;)

Tutaj wszyscy Fighterzy:
I jeden z moich ulubionych momentów po każdych zawodach [po prawej mój Dany:)]:

A tak wyglądał tor:
Dobra, wystarczy, nie będę przesadzać, bo nikomu nie będzie się chciało oglądać ;]
Zdjęcia pochodzą ze strony Red Bulla. Sama wolałam patrzeć co się dzieje na torze a nie tracić wszystko przez skakanie z aparatem. Zresztą, byłam pod takim wrażeniem, że nawet zapomniałam o tym, że mam aparat. No i naprzeciwko mnie była zajebiście wielka lampa, która też sprawy nie ułatwiała. Także swoich zdjęć mamy tylko kilka tak na pamiątkę :)

piątek, 5 sierpnia 2011

Pod dwiema kosami czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana - Danuta Noszczyńska

Wydawnictwo: SOL
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 320
Ocena: 5/6


Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić Mariana Żywotnego. Poznajemy go, kiedy ma 77 lat - czyli żyje pod przysłowiowymi dwiema kosami - i będziemy mu towarzyszyć przez cały ten rok. Marian obawiając się śmierci postanawia opowiedzieć swoje 77-letnie życie. Pisze o swoim dzieciństwie, młodości, o tym, jak spotkał swoją przyszłą żonę, o dzieciach. Ot, takie zwyczajne życie szarego człowieka. Co więc jest tak wyjątkowego w tym wszystkim? Co sprawia, że warto po tę książkę sięgnąć? Postać Mariana właśnie.

Pani Noszczyńska stworzyła bohatera, do którego odczuwamy antypatię od pierwszych stron, ale mimo to nie potrafimy się od lektury oderwać. Bo ciekawość jak potoczyło się dalej życie jego i jego bliskich jest dużo silniejsza niż niechęć do pana Żywotnego. Jakim zatem człowiekiem jest Marian Żywotny?
Miał dość nieszczęśliwe dzieciństwo, więc wymarzył sobie, że jego rodzinie będzie żyło się lepiej. To człowiek, który uważa, że wszystko mu się należy, a żeby to dostać dąży po trupach do celu. Często krzywdzi przy tym swoich najbliższych, ale nawet tego nie zauważa, bo przecież wszystko robi w imię wyższego dobra. Zazwyczaj swojego. Oczywiście przy tym wszystkim jest wzorowym katolikiem, dlatego bezbłędnie potrafi nagiąć Pismo i rady proboszcza do swoich potrzeb. Takim sposobem podporządkował sobie żonę, teściów i dzieci oraz zatruwał życie całej okolicy. Tak właściwie Mariana nie da się dokładnie opisać, a przynajmniej ja tego nie potrafię.

Autorce udało się to doskonale, więc koniecznie musicie sprawdzić to sami ;) Jestem pełna podziwu dla Pani Danuty, ma niesamowity zmysł obserwacyjny. Opisując Mariana zadbała o każdy najdrobniejszy szczegół, każdą cechę charakteru a do tego dodała wspaniałą wiejską gwarę. Nasz bohater jest jak żywy i naprawdę można odnieść wrażenie, że czyta się czyjś prawdziwy pamiętnik.
Ja przez większość czasu miałam ochotę zdzielić Mariana czymś ciężkim w głowę, tak na opamiętanie. Bo z jednej strony powtarzałam sobie, że to przecież tylko książka. Ale z drugiej, jak się tak głębiej zastanowić – ilu Marianów Żywotnych macie w swoim bliższym lub dalszym otoczeniu? Drażniąca jest właśnie ta świadomość, że nie jeden Marian czai się gdzieś w pobliżu z zamiarem zatrucia nam życia ;) Już chociażby po tym można poznać dobrą książkę – po emocjach, które wzbudza.
I żeby ktoś nie pomyślał, że jedyne uczucie towarzyszące lekturze tej książki to ciągła irytacja. Gwarantuję, że równie często na waszych twarzach zagości uśmiech.
Szczególnie wtedy, kiedy Marianowi zdarzy się wpaść we własne sidła.

Ja jestem zachwycona i teraz pozostaje mi tylko zaprosić Was do lektury! No i życzę Wam, żebyście w swoim otoczeniu mieli jak najmniej takich Marianów!


Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa SOL, za co serdecznie dziękuję.

A ja tymczasem idę ogarnąć parę rzeczy, a jutro rano wyruszam do Poznania spełnić marzenie. Bo oto nadszedł ten dzień i już jutro Red Bull X-Fighters!! Doczekałam się!! Nosi mnie jak nie wiem, chyba spać nie będę mogła z przejęcia :) Jak wrócę to pewnie zdam relację :)